Mechaniczne serce

Zegar to dziwny przedmiot. Odmierza coś, co właściwie jest dla nas irytujące, upływający, czy wręcz uciekający nam ciągle czas… coś, czego właściwie nie da się pochwycić, ani zatrzymać. Zawsze mamy go za mało, nie da się go cofnąć, jest metaforą naszego życia.

Człowiek od zawsze pragnął zapamiętywać wydarzenia z przeszłości, aby znać i przekazać swoją tożsamość. Za pomocą miary czasu starał się również prognozować, czyli wyobrażać sobie ten dystans co do przyszłości. Rejestrowanie upływającego czasu to wynalazek człowieka, który od czasów starożytnych próbował ująć w ramy to, co przemija. Tak powstał zegar.

Mały, czy duży, niektórzy mawiają, że ma duszę i zniewala. Zwłaszcza, gdy pod jego tarczą rytmicznie pracuje mechaniczne serce. Jesteśmy bezbronni wobec przemijania, możemy wyłącznie próbować czerpać wiedzę z tego, co było i starać się inaczej podchodzić do tego, co będzie. Ponoć człowiek uczy się na błędach… Zwykle najtrudniej nam wychodzi nauka na tych cudzych.

Mechaniczny zegar nie jest wyłącznie nostalgią za tym co minione, wspomnieniem domu dziadków, w którym zwykle miarowo tykał mechaniczny zegar. Czy chodziło im wyłącznie o wskazanie aktualnego czasu?

Dźwięki tykającego mechanicznego zegara są podobne do odliczania przed zaśnięciem, niektórych wprowadzają w błogi stan, stymulują serce do odpoczynku w trakcie snu, spowalniają jego rytm, pomagając głębiej wypoczywać. Niektórzy nie wyobrażają sobie dobrego snu bez ich obecności.

Pędzącym wskazuje godzinę, sentymentalnym daje pretekst do wspomnień, nadaje rytm codzienności, wyznacza pory dnia, dla poszukujących dodaje inspiracji, podpowiada, że dana chwila nigdy nie wróci, że liczy się TERAZ i to co przyniesie przyszłość. Uczy szacunku do tego co było.

Zaskakuje mnie, gdy odwiedzający mnie goście w pewnym momencie przestają słyszeć głośne tykanie mojego starego zegara. Jakby przestawał istnieć, stawał się tłem, przechodził w sferę podświadomości. Tak jakby serce podświadomie dostosowywało się do jego miarowego bicia.

Rzemiosło jest fascynującą sztuką tworzenia przedmiotów przez ludzi wysoko ceniących wolność. Praca mistrza jest ciągłym wysiłkiem dążenia do stopniowego uwalniania się. To dotyk palca mistrza nadaje życie tworzonym przez niego przedmiotom. Produkt wykonany przez mistrza nosi odcisk jego palca, ciepło jego oddechu, dni, tygodnie i miesiące frustracji oraz momenty czystej radości. Przedmioty wykonane ręką mistrza niosą w sobie kawałek serca, część duszy i momenty życia.

Bardzo trafia do mnie hasło reklamowe jednego z producentów ekskluzywnych zegarków, brzmi ono mniej więcej tak: ”Nigdy tak naprawdę nie jesteś właścicielem zegarka. Przechowujesz go jedynie dla następnego pokolenia”. Bo w istocie tak jest, stajemy się opiekunami takiego wyjątkowego zegara, bo wiele wskazuje na to, że przeżyje dłużej niż my. Pod warunkiem, że... odpowiednio o niego zadbamy.

O zobaczeniu na żywo pracowni Piotra Łukasińskiego myślałem od bardzo dawna, dawno skrzętnie zapisałem sobie tę wizytę na mojej liście to-do.

Do pewnych rozmów potrzeba czasu, niektóre wydarzenia w naszym życiu dzieją się po coś, nie są przypadkowe, są jakby realizacją z góry zapisanego gdzieś scenariusza, którego sens odkrywasz strona po stronie swojego życia dopiero we właściwym czasie.

piotr łukasiński - renowacja zegarków

No właśnie, czas. Mój ponad pięćdziesięcioletni wiszący na ścianie zegar, o nieznanej mi właściwie historii serwisowej zdecydowanie ucieszył się na tę podróż. Zegar, który z czasem zaczął się coraz bardziej spieszyć, trzeba go było również coraz mocniej przechylać względem pionu, aby tykał równo… Coraz częściej trzeba go było również nakręcać… tak to był zdecydowanie dobry pretekst, aby wybrać się do Piotra, który spojrzy, dotknie i powie, czego potrzeba pacjentowi.

W tym miejscu czas staje się względny, mimo że wokół czasu wszystko w tym miejscu się "kręci".

W pracowni Piotr Łukasiński - Dworek pracownia dworek - piotr Łukasiński

pracownia dworek - piotr Łukasiński pracownia dworek - piotr łukasiński

Przywieziony przeze mnie pacjent: polski zegar wiszący METRON, rocznik 1971, prosty, skromny, choć musze przyznać - czas obszedł się z nim wyjątkowo łaskawie, do dziś posiada pięknie zachowany lakierowany fornir, ciepły głęboki gong i całkiem dobry mechanizm.

Dla mnie jest piękny i wyjątkowo symboliczny, choć to prosta i niedroga konstrukcja.

Diagnoza zegara wydana przez mistrza: mocno zastała oliwa, właściwie zrobiło się z niej ciało stałe, które sprawia, że mechanizm zużywa się ponad miarę, zużywa również coraz więcej energii, aby poruszyć wskazówkami. Zebrany przez lata kurz na trybach i łożyskach sprawia, że mechanizm zużywa się także szybciej, wycierają się tryby, powstają luzy, czyli zegarowi grozi przedwczesna degradacja. Czyli pacjent musi zostać w pracowni na gruntowne umycie, przegląd wszystkich elementów, wymianę oliwy, regulację i weryfikację zachowania mechanizmu w dwóch cyklach nakręcenia. Każdy samochód wymaga regularnej wymiany olejowej po określnym przebiegu lub czasie, a o zegarkowych przeglądach rozmawia się raczej wyłącznie na tematycznych forach dyskusyjnych. Zegary całe lata wiszą na ścianie i gdy w końcu się zatrzymują, diagnoza zegarmistrza bywa bolesna.

Przy współczesnych smarach, optymalne dla takiego staruszka jest oliwienie go co dwa lata. Dla dobrego zegarmistrza to stosunkowo prosta czynność.

Pełne czyszczenie a właściwie mycie mechanizmu zalecane jest co 6 lat. Czyli trzy razy oliwimy i raz czyścimy.

To wtedy zegarmistrz przygląda się wnikliwie dodatkowo łożyskom, czopom, kotwicy, kołu wychwytowemu, czyli wykonuje pełen przegląd kluczowych elementów mechanicznych, które są odpowiedzialne za prawidłowy chód zegara. Owszem, jest to kłopotliwe, wymaga czasowego rozstania się z zegarem, kosztuje, ale też co tu dużo mówić - jest warunkiem długiego życia. Coś za coś.

Z zegarami METRON wiąże się jeszcze jedna ciekawostka. Pierwsze zegary, jeszcze w latach 50-tych miały struny z brązu, w późniejszym czasie, zaczęto stosować struny stalowe, które wydają trochę mniej przyjemny dźwięk. Piotr przywraca to oryginalne brzmienie starych zegarów, przywraca ten wyjątkowy niski, głęboki dźwięk, a jeśli struny są kiepskiej jakości wymienia je na wykonane z brązu. Zamienia również plastikowe młoteczki na ich skórzane oryginalne odpowiedniki. Dzięki temu dźwięk wybijanych godzin staje się tak wyjątkowy i hipnotyzujący. Prosta modyfikacja, zgodna z pierwowzorem, dla mnie bardzo miła modyfikacja.

Nazwisko rękodzielnika może być powodem dumy, jak i wstydu, granica biegnie zaskakująco blisko. Piotr wszystkie swoje prace renowacyjne sygnuje, zostawia w sposób trwały swój odcisk palca, aby kolejni opiekunowie zegarów znali jego przeszłość, nadaje mu rodzaj tożsamości, pieczęci w czasie i przestrzeni.

Piotr od ponad 30 lat zajmuje się renowacją zegarów i mebli, dbając nie tylko o ich zewnętrze, ale również mechanizm, który jeśli jest regularnie serwisowany odwdzięcza się kolejnymi dekadami miarowego tykania, ciesząc ucho i serce jego aktualnych opiekunów. Tak jak Paweł Hołda, który przywraca godność starym zegarkom, tworząc im oprawę zagubioną przez wieki burzliwych wydarzeń ich życia, tak Piotr czasem wręcz tworzy (kreuje) od nowa oprawę zegarów zjedzoną dosłownie, przez czas, historię czy po prostu żarłoczne larwy drewnolubnych owadów.

Jest również kolekcjonerem, posiada fantastyczną kolekcję tzw. Poloników. Są to zegarki przedwojenne, najczęściej produkcji szwajcarskiej, gdzie polski, rodzimy zegarmistrz składał je, dodawał evetnaulne modyfikacje i … sygnował tarczę własnym nazwiskiem. Wiele nazwisk, zacierających się na tarczach, będących często jedynym śladem po istniejących pracowniach. Był czas, że w naszym kraju było ich kilkadziesiąt.

zegar polonik - piotr łukasiński - woroniecki zegarek polonik - piotr lukasinski

zegar w grabau warszawa - piotr lukasinski

Od lat współtworzenia największego stowarzyszenia firm rodzinnych najwyższą estymą darzę produkty sygnowane nazwiskiem ich twórcy. To dla mnie zawsze dowód na poczucie dumy, utożsamianie się i jednocześnie uroczysta rękojmia jakości. A tu można spotkać wiele dumnych nazwisk. Miód na moje oczy, duszę i serce.

Większość zgromadzonych przez Piotra zegarków ma założoną kartę zabytku, czyli rodzaj paszportu, w których zapisywana jest ich obecność na różnych wystawach tematycznych. Coś jak pieczątki w paszporcie, opisujące historię naszych międzynarodowych podróży. Gdy Piotr organizuje wernisaże opowiada historie poszczególnych zegarków, historię ich powstania, twórcy, czy związane z konkretnymi egzemplarzami towarzyszące im wydarzenia. Taki paszport tworzy również wartość sprzedawanego przedmiotu, sprzedając kolekcję z historią sprzedajesz emocje, kontekst, wartość dodaną.

Także te trudne i niejednoznaczne moralnie. Choćby ta o historii wywiezionej z terenu piotrkowskiego getta żydowskiego (tuż po jego likwidacji) wielkiej kolekcji zegarków przez Antoniego Makowskiego, ówczesnego piotrkowskiego zegarmistrza, który później przez wiele lat sprzedawał je, jako nowe.

Wiele z nich w zaskakujący sposób trafiło później do Piotra, w dużym kartonie, a jak się później okazało - nawet dwóch kartonach. Historia, która dopiero się pisze, bo towarzyszą jej niecodzienne wydarzenia, nagłe ożywienie jednego z martwych od dekad zegarków, odnaleziona tablica/szyld zakładu p. Makowskiego, przypadkiem przyniesiony zegar skrzyniowy - z etykietą zakładu.

Rozmowa o tym, że czasem dopiero po serii zaskakujących, ale dziwnie zbieżnych zdarzeń w swoim życiu zaczynasz uświadamiać sobie, że chyba ktoś napisał dla Ciebie pewien scenariusz, że opowiedzenie pewnej historii staje się Twoim przeznaczeniem. Bo im bardziej starasz się od tego uciekać, tym bardziej Cię to goni… Albo przekleństwem - bo nagle wszyscy wokół są nastawieni niechętnie, jakby starali się podstawić nogę, aby Ci nie wyszło. Jednak próżny trud, gdy nagle odczytujesz znaczenie przeznaczenia. Z czasem coraz wyraźniej.

Niezwykle ciekawym dla mnie wątkiem naszej rozmowy okazał się również ten, gdzie leży granica konserwacji zabytku, gdzie postawić granicę ingerencji twórcy renowacji. Zdaniem Piotra - celem dobrej renowacji jest to, aby przedmiot wyglądał jak stary, ale w bardzo dobrej kondycji. Czasem trzeba dobrze się przypatrzeć, aby dostrzec ślady czasu, zatrzymane w procesie konserwacyjnym. Nie zatrzymamy nigdy całkowicie  degradacji, ale możemy ją zdecydowanie spowolnić, tak, aby przedmiot cieszył serca i oczy kolejnych pokoleń marzycieli. Czasem paradoksalnie rodzi to niezdrowe intencje oczekujących łatwego zarobku, którzy próbują przy dalszej sprzedaży wmówić, że to po prostu dobrze zachowany egzemplarz.

Marzycieli poznaję zwykle po tym, że nie liczą czasu, który poświęcają na rozmowy o własnej pasji i życiu. Wtedy, gdy widzisz TEN błysk w oku, inny ich odcień, ten szczególny uśmiech i czas, który Tobie poświęcają.

Jak bardzo zaskakująca była to wyprawa, przekonałem się dopiero w momencie, gdy po wszystkim wsiadłem do samochodu, aby ruszyć w drogę powrotną i pojawiła się refleksja, co się właściwie wydarzyło.

Plan z początku wydawał się prosty, wizyta miała być tylko „na chwilę”, z przywiezieniem zegara do serwisu, jako pretekstem do odbycia krótkiej rozmowy o zawodzie zegarmistrza, obejrzeniem pracowni i ewentualnym wykonaniem kilku zdjęć, do pochwalenia się na Facebooku. Czułem się dodatkowo nieco skrępowany, bo wizyta odbyła się w dniu wolnym od pracy…

Ale gdy spotykasz na swojej drodze marzycieli, nic nie jest zwyczajne, a chwila przeciągnęła się w kilkugodzinną zaskakującą rozmowę, zarówno w niesamowitej pracowni Piotra, jak później przy okrągłym stole w dworku, który jest spełnieniem marzeń cudownej rodziny: Małgosi, Piotra i ich dwójki synów.

Są takie miejsca, gdzie czas staje się względny. Paradoksalnie, w miejscu, gdzie czas jest wszechobecny, a w gablotach, szufladach i podłodze czarownej pracowni Piotra trudno zliczyć faktyczną ilość zegarów i części zamiennych.

Przy towarzyszących dźwiękach zabytkowego zegara, zajadając się podanymi do kawy pysznymi piernikami, pozwoliłem się porwać rozmowie z fantastyczną rodziną o istocie marzeń, o szacunku do przeszłości, z której wyrośliśmy o wyzwaniach przyszłości - w tym tych, które stawia przed nami sztuczna inteligencja.

Zaskakujące dygresje, odczytany na głos felieton Leszka O psie i wilku, ożywione dyskusje o istocie marzeń, o zbudowaniu miejsca marzeń, o autorytetach i atrybutach władzy. Są chwile i miejsca, w którym czas zyskuje wyjątkowo względne znaczenie.

Wyprawa z moim skromnym, ponad 50-letnim zegarem, okazała się wyjątkową podróżą w czasie i przestrzeni. Przyniosła niezwykłe refleksje i wszystko wskazuje na to, że już niedługo odbiorę zegar jeszcze piękniejszy, sygnowany nazwiskiem mistrza, z nową porcją oliwy, która napędzi mechaniczne serce na kolejne dwa a w perspektywie kolejne dekady miarowo tykającego, bezawaryjnego życia.

Jak mawia Piotr, niemożliwe nie istnieje, a jeśli coś jest trudne do zrobienia, bądź wydaje się niemożliwe, to jeszcze bardziej motywuje go do działania. To jak nierozwikłana zagadka, czy tajemnica. Diagnoza i realizacja, nawet gdy nie ma szans na znalezienie części zamiennych, jest to tylko dodatkowym motywatorem do stworzenia ich własnoręcznie. Praca rąk ludzkich. Praca, która jest tworzeniem, budowaniem, czy odtwarzaniem tego, co kiedyś wymyślił inny artysta.

A wszystko to w dworku, który jest materialnym owocem marzeń dwójki pięknych ludzi, którzy odważyli się mieć marzenie i wspólnie, własnymi rękami to marzenie przeobrazili w rzeczywistość.

Małgorzata i Piotr Łukasińscy

Piotr Łukasiński i Sebastian Margalski - pracownia renowacji dworek

 

GALERIA ZDJĘĆ

Ciekawe linki:

 

Przedwojenni zegarmistrzowie sygnujący sprzedawane zegarki swoim nazwiskiem

    • Warszawa: Ferdynand Woroniecki, Z. Jeznacki, W. Mayzel, W. Grabau, Pozzi i Czernik, Fr. Dąbrowski, Adolf Modro, Teodor Galecki, D. Śliwa, Marszałkowska 69, Fr. Dąbrowski, Goldsztein R. (ul.Chłodna 62), W. Grabau, Gebruder Fortwangler ul.Okopowa, Z. Jeznacki, Walery Mayzel (Marszałkowska 72), Adolf Modro (ul. Marszałkowska), Teodor Galecki, Ludwik Maurycy Lilpop (ul. Senatorska od 1878 do 1905 potem ul. Wierzbowa), Pazderski J., Poznanski, August]. Wamt Senatorska 26 (działał 1870-1890), Jan Zegrze, Bogusław Sarnecki ul. Złota 14
    • Kraków: A. Sulikowski, Józef Płonka, M. Ruebner, L. Kowalski (Sukiennice l. 18), Stanisław Matuszyński (Sukiennice 10), Józef Cyjankiewicz, Marceli Bojarski, Leon Holzer,
    • Łódź: Jan Placek, ul. Brzezińska 10
    • Lublin: W. Piotrowski,
    • Skole: Arnold Rechtschaffner
    • Gniezno: A. Galczewski
    • Zawiercie: H. Goldszer, Marszałkowska 16
    • Tarnów: Herman Schächter, Mościckiego 21
    • Toruń: Cz. Lipczyński ul. Królowej Jadwigi 18, K. Bibik, Strehlau Fr. ul. Rabiańska 4 
    • Tomaszów Mazowiecki: Szajewicz M. Kościuszki 25 
    • Lipine (Lipiny–dzieln. Świętochłowic): B. Jeziorski
    • Częstochowa: Aleksy Kowacki, B. Glicner
    • Wągrowiec: Golniewicz „wł. K. Strzelecki" M. Piłsudskiego 11, R. Zborowski 

 źródło: https://zegarkiclub.pl/forum/topic/52448-polskie-przedwojenne/

http://czwarty-wymiar.pl/viewtopic.php?t=17311&lofi=1

https://zegarkiipasja.pl/artykul/2536-woroniecki-ferdynand-warszawski-zegarmistrz-znany-w-calej-polsce

 

 

Zapraszam do innych moich tekstów o rzemiośle:

 

Back to Top